Hostele są… różne. W Stepancmindzie miejsce, w którym się zatrzymałem, może nie było idealnie wykończone, ale za to było metaforycznie ciepłe, przyjazne i przytulne. Czułem się tam jak gość. Hostel, na który z kolei zdecydowałem się wczoraj wieczorem, jest… inny. W centrum Ałmaty, bardziej nastawiony na maksymalizowanie zysków. Cena nie była wysoka, więc pewnie nie ma co narzekać na bardzo niskiej jakości, skrzypiące i bujające się łóżka piętrowe. Spałem na górze. Myślę sobie, że gdybym był na miejscu faceta, który spał pode mną, chyba umarłbym ze strachu – i to kilka razy w ciągu nocy.
Na moich kolanach wylądował tort. Dziewczynka tylko skinęła głową i podała go mi do rąk. W pierwszym odruchu pomyślałem, że jest dla mnie. Z jakiegoś powodu ludzie uwielbiają mnie karmić.
Humor psują rozwieszone wszędzie karteczki z informacjami o karach za różne przewinienia (takie jak niezmywanie naczyń). W kuchni jest tłoczno, wszędzie ludzie. Jeden facet zaprasza mnie do swojego stolika, ale udaję, że nie rozumiem. Gość ogląda jakiś chiński kabaret i co chwilę śmieje się na całą kuchnię. Od razu widać, że to taki trochę odrzutek. Gdybym zaczął z nim rozmawiać, pewnie nie dałby mi spokoju przez pół nocy. Azjaci, a żeby być bardziej precyzyjnym – Chińczycy. Dobrze! Dla mnie okazja.
Jeden z nich zagaduje mnie. Początkowo nie jestem zachwycony, bo akurat przerywa mi jedzenie (chińskiej zupki, nomen omen). Ale pogadaliśmy trochę. Opowiedział mi, jaka jest sytuacja w Chinach, i dał kilka rad. Fajnie, dzięki!
Dziś miałem teoretycznie jechać w pobliskie góry, żeby zobaczyć najlepsze, co Kazachstan ma do zaoferowania. Ale wciąż jestem zmęczony, pogoda jest słaba, a system komunikacji w Ałmatach to czarna magia. Decyduję się na spacer po centrum miasta i okolicach. Miasto jest całkiem przyjemne.
Wieczorem mam udać się na obrzeża. Tam mieszkają moi dzisiejsi gospodarze (poznani przez aplikację internetową). Ogólnie poruszanie się po byłej stolicy Kazachstanu jest tragiczne, zarówno samochodem, jak i komunikacją miejską. Na szczęście wsiadam do autobusu na początkowym przystanku, więc mogę usiąść. Przejechanie nieco ponad pół miasta bez przesiadek zajęło mi półtorej godziny. Co ciekawe, kierowca nie wydał mi biletu, choć zapłaciłem. Już po kilku przystankach autobus jest wypełniony po brzegi, a Kazachowie tłoczą się w nim z większym zaangażowaniem niż warszawiacy. I nagle, w godzinach szczytu, do przepełnionego pojazdu wchodzi… kanar.



















Nigdy w życiu nie spotkałem tak oddanego swojej misji przedstawiciela tego zawodu. Idzie przez cały autobus, krok po kroku, rozpychając się łokciami. Słychać tylko pik, pik z jego kanarskiego terminala. Co ciekawe, mam wrażenie, że wszyscy mu kibicowali. Nie sprawdzał wszystkich po kolei, tylko przepychał się z terminalem uniesionym w górze, a ludzie sami przykładali do niego karty. Nikogo o nic nie prosił. Dobrze, bo nie miałem biletu. Tzn. miałem, ale nie miałem.
Bycie uprzywilejowanym pasażerem, który siedzi, wiąże się z pewnymi obowiązkami – na przykład z trzymaniem bagażu osób stojących. Na moich kolanach wylądował tort. Dziewczynka tylko skinęła głową i podała go mi do rąk. W pierwszym odruchu pomyślałem, że jest dla mnie (z jakiegoś powodu ludzie uwielbiają mnie karmić), ale na szczęście pomyślałem drugi raz i się opanowałem. Ostatecznie, wypiek oddałem nawet nienadgryziony. A pokusa była spora!
Docieram do bloku moich dzisiejszych gospodarzy. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo okazuje się, że pomyliłem numery i trafiłem obok. Zabawną sytuacja. Wchodzę zgodnie z instrukcją na piąte piętro i kieruję się do drzwi numer 118. Stoi w nich jakaś pani w średnim wieku. Trafiłem! – myślę, pewnie mieszkają z rodzicami. Uśmiecham się i podchodzę, a tu nagle cyk – pani zatrzaskuje drzwi przed nosem. Zdębiałem. „Co jest? Jestem zbyt brzydki, czy co?” Pukam. Nic. Piszę do hostki. Zły blok…
Dziś nocuję u Andrew i Talii. Mają przyjemne mieszkanie i dwie córeczki: 7 i 3 lata. Dziś będę niańką – myślę. Byłem. Moi gospodarze są świetni. Andrew to programista, co rozpoznałem od razu. Talia z kolei ma jeden z najszczerszych uśmiechów, jakie widziałem. Młoda, szczęśliwa rodzina – piękni są!
Trochę gadamy, trochę jemy, trochę palimy. Czas spać. Proces kładzenia starszej córki do snu zajął około półtorej godziny. Dobranoc.


