Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-02-19 przez MikolajTD

Dzień 143 – nocleg z owieczkami

Dzień 143 – nocleg z owieczkami
2025-02-19 przez MikolajTD

No dziś już jadę dalej. Na pewno. Ja wiem, wczoraj mówiłem to samo. Ale wczoraj było wczoraj. Dawno i nie prawda. Dziś już na pewno się uda. Na pewno…
Pakuje się i ruszam. Pełen entuzjazmu i nieświadomy jeszcze jak długi dzień się zapowiada.

Wystawiam palec.
I po jakimś czasie zatrzymuje się kolejne auto. Ostatnie na dzisiaj. W środku parka. Nie specjalnie rozumieją co ja robię. Pytają czy aby nie mam w plecaku noża i chcą zobaczyć paszport xD. Pomyślałem, że może Chińczycy. Ale nie. Tajowie. Zabierają. Ekstra:)

W Krabi było dosyć przyjemnie. Niestety wyjście z miasta do najprostszych nie należy. Trzeba pobutować parę kilometrów. Po drodze jedna i druga kawka. Operacja trwa jakieś półtorej godziny i… I dupa. Nic nie staje nic nie bierze. Hmm… No to idę dalej, szukać lepszego spotu.
Ale nic się znajduje. I to przez naprawdę spory kawałek. Niefajnie. Po drodze zdążyłem minąć parę marketów. Wypić parę kaw. Coś na szybko zjeść. Środek dnia. Jest gorąco. Nawet bardzo. Słabo. Nawet bardzo.
Ale entuzjazm mi nie spada. Mijający czas umila mi Radio Naukowe. W słuchawkach dziś o wikingach i narcystycznym zaburzeniu osobowości.
W końcu. W końcu ktoś stanął. I zabierze nawet. Nie jakoś daleko ale zawsze to kilkadziesiąt kilometrów do przodu. A mój dobrodziej to młody chłopak. Grafik. Jedzie do roboty.
Wychodzę. Dziękuję grzecznie za pomoc. I łapię kolejną okazję. I tak będzie sobie schodził cały dzień.
Z autostopem przeważnie jest tak, że łapiesz różne podwózki. Czasem tylko parę kilometrów. Czasem kilkadziesiąt. Ale przeważnie prędzej czy później udaje się złapać jakiś dłuższy przejazd. Chociaż te 100+ km. A dzisiaj? Dzisiaj jest inaczej. O ile pierwsze kilka godzin nie złapałem nic i mozolnie butowałem szukając dogodnej miejscówki do stopowania. O tyle teraz łapie auta dosyć szybko, ale każde zabiera mnie coś około 30-60km. I tak przez resztę dnia. To rzadkość.
Jedna z moich dobrodziejek to pani doktor. Laryngolog. Pracuje w Krabi. Ale jedzie teraz do swojego miasta rodzinnego. Mówi, że większość jej klientów to turyści, którym po nurkowaniu woda dostała się gdzie nie trzeba. Wspaniale. Bo ja choć nie nurkowałem to też mi się dostała. Do uszu. I nie chce wypłynąć już od jakiegoś czasu. Moja kierowczyni mówi że jak mnie nie boli to się nie ma co martwić na zapas. Jak nie wypłynie po miesiącu to powinienem się skontaktować z lekarzem. Miesiąc jeszcze nie minął. Zobaczymy.
A ciekawostka jest taka, że w samochodzie pani doktor śmierdzi. Jak mało gdzie. Nie za sprawą braku higieny ale za sprawą duriana. Czy też durianów. I spokojnie. Wiem, że to brzmi jak jakiś biblijny demon ale nic z tych rzeczy. Dla tych co nie wiedzą, durian to owoc. Dosyć popularny w tej części świata. Raczej taki trochę rarytas. Nie jest tani. I śmierdzi. Jak sto pięćdziesiąt. A z tyłu auta obok moich nóg tych owoców jest chyba z 5. Czuć. Ja już próbowałem w Tajlandii. Zanotowałem żeby więcej nie kupować. Bez szału taki. Ale lokalsi mówią, że w każdym kraju Azji smakuje trochę inaczej. Więc może jeszcze spróbujemy.
Dojeżdżamy gdzieś. Gdzie się rozstajemy. Jest tu jakiś wielki market. Sprawdzam czy aby nie znajdzie się coś do jedzenia dobrego ale nie specjalnie. Szkoda, bo głodny jestem. Zbliża się wieczór. Nie wiem czy dalej coś ujadę. Ale nie widzę dobrego miejsca do spania. To nie zaszkodzi spróbować. Wystawiam palec.
I po jakimś czasie zatrzymuje się kolejne auto. Ostatnie na dzisiaj. W środku parka. Nie specjalnie rozumieją co ja robię. Pytają czy aby nie mam w plecaku noża i chcą zobaczyć paszport xD. Pomyślałem, że może Chińczycy. Ale nie. Tajowie. Zabierają. Ekstra:)
No i dojeżdżamy do większej miejscowości. Hat Yai. Stąd do granicy już tylko 60km. No. To jutro już chyba przejdziemy. Oby…
W sumie przez 10 godzin przejechałem finalnie 300km. Nie jest to wybitny wynik. Ale też zdecydowanie nie najgorszy.
Moi dobrodzieje wyrzucili mnie kawałek od centrum. Nie jest jeszcze tak późno. 22.00. To może się przejdę i zobaczę co tam mamy ciekawego. Nie za duże miasto. I nie turystyczne. I dobrze.
Idę sobie spokojnie jak gdyby nigdy nic. I znikąd nagle słyszę: „I wanna fuck youuuu!!!”. Ojej. Cóż za bezpośrednie wyznanie. To do mnie? Rozglądam się. Po drugiej stronie ulicy stoi jakieś dziewczę z rozłożonymi ramionami.
Jeśli się nie mylę to było kiedyś takie wideo w internecie. Sceneria podobna do tej tutaj. Nagle słychać męski głos: „I wanna fuck you!” I po chwili odpowiada drugi męski głos „I wanna fuck you too!”. Miałem mocną pokusę żeby odkrzyknąć. To by było takie memiczne. Powstrzymałem się ale nie było łatwo;)
To panie freelancerki. Tak bezpośredniego podejścia nie kojarzę. Ale też to trochę dziwnie wygląda. Gdyby nie ich uwodzicielskie spojrzenia i bezpośrednie podejście to bym się chyba nie zorientował. Nie wyglądają na prostytutki. Ale jedna pyta wprost: „wanna bum bum?”.
Idę jeszcze kawałek. Przysiadam na chwilę żeby ogarnąć co i jak. Niedaleko siedzi dziewczę. Czarna jak noc. Jak się okazuje potem, z Ugandy. Zagaduje mnie. I zaczynamy pogawędkę.
Śmiesznie. Bo ona mówi zupełnie jak czarne kobiety w filmach. Wiecie. Takie „Hey meeen”. No zupełnie jak na filmach czarni ludzie mówią. Zabawnie to brzmi.
Dziewczyna to wogóle straszna gaduła. Spytałem tylko czy tu mieszka, a ona już mi opowiedziała pół swojego życia. Przyjechała z Afryki. Uczy angielskiego. Mieszka z dwiema koleżankami. W weekendy lubi uprawiać hiking. I gada, i gada. I przestać nie może. Jejku. Już chyba pół godziny. Oczy mi się zaczynają kleić. Cóż. Być może nie ma z kim pogadać albo ma dosyć swoich współlokatorek. Ale ja już wysiadam. Przy pierwszej okazji daje znać że miło się rozmawia ale jestem już bardzo zmęczony. No bo jestem. Dziewczyna chyba załapała o co chodzi. Grzecznie się pożegnaliśmy. I idę dalej w swoją stronę.
Dochodzę do centrum a tu… Impreza! Jedna wielka impreza. Multum ludzi na ulicy. Pełne restauracje. Pełne salony masażu. Pełne wszystko. Zbliża się północ. Jest czwartek. A tu takie rzeczy. Nieźle.
Jeśli dobrze rozumiem to ten tydzień Nowy Chiński Rok świętuje się codziennie. A główne obchody będą w sobotę. Spoko. To idę w miasto. Jestem cholernie głodny. Udaje się złapać jakąś fajną szamę. A potem typowy tajski deser. Mango z ryżem. Smakuje zupełnie jak… Mango z ryżem. Chciałem spróbować jeszcze zanim opuszczę Tajlandię. Bo tutaj to taki klasyk. Dobre.
Podoba mi się tu. Miasto samo w sobie nie ma może nic specjalnie ciekawego do zaoferowania. Ale wydaje się być takie nieskażone turystyką. No, może poza malezyjczykami, którzy chętnie przyjeżdżają tu na zakupy. Ale ja ich nie widzę.
A gdzie by pójść spać? Już środek nocy. Impreza powoli się kończy. Mam pewien pomysł. Minąłem po drodze. Miejscówkę w zasadzie w środku miasta. Pod sporym bankiem. Ale jest tam kawałek zielonej trawki. Sztucznej, ale trawki. Jest na podwyższeniu więc nie będę łatwo widoczny. I jest monitoring. Więc, o ile mnie stąd nie wyrzucą to będzie bezpiecznie. A, no i jest też małe stado owieczek.

[modula id=”2247″]

Poprzedni artykułDzień 142 – a jak jest po tajsku „dzień dobry”?Następny artykuł Dzień 144 - Jak smakują tajskie robaki i tajski masaż

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta