Poranek to powtórka z rozrywki z wczoraj. Dziś już nie ma co tu zostawać. Trzeba ruszyć w drogę. Ale najpierw potrzebuję podładować baterie. I może chociaż zjeść śniadanie. Przydałby się jakiś sensowny lokal. O, KFC otwierają o 10.00. Idealnie.
Zamawiam już sprawdzony The Signature Box. Siadam i jem. W telefonie jakiś serial. Trochę głupot. I biorę się za pisanie. I jakoś tak dobrze idzie. Wciąga. Siada.
Po jakimś czasie łapie się na tym, że już nie pisze a surfuje po internecie szukając informacji o Malezji. No i spoko w sumie. I tak miałem zrobić plany zanim opuszczę Tajlandię. Skoro tak samo mi naturalnie wyszło to daje się temu ponieść. A jak tam będzie? Pytanie zasadnicze jest czy odwiedzić Borneo czy nie. Malezja położona jest częściowo na kontynencie, a częściowo na wyspie. Cześć wyspy należy do Malezji, cześć do Indonezji, a mały jej kawałek to Brunei. Wygląda na to, że większość atrakcji znajduje się na części kontynentalnej. Więc wyspę pewnie sobie podarujemy. Ale to się jeszcze okaże. Robię plan wygląda na to, że przejazd przez Malezję będzie płynny. Trasa układa mi się naturalnie. Jakaś wyspa, jakieś stare miasto, dżungla w centrum kraju, stolica. Prosta sprawa. Zapowiada się fajnie. Ogólnie prawie nie mam wyobrażenia o tym państwie. Jestem ciekaw co mnie tam czeka.
Malezja, Singapur, Indonezja, Australia. Taki jest plan. A potem… A potem co? No właśnie. Do pomyślenia. Fakty są takie, że jasny plan miałem dojechać do Australii. A co potem? Będzie się trzeba poważnie zastanowić. Podjąć jakąś decyzję. Hmmm…
Napisałem do siostry Grażynki. Przyjaciółka rodziny. Siostra działa w Australii w Sydney. Pisze, że może pomóc z noclegiem na parę dni. Dzięki. To by dużo pomogło:)
Co jeszcze ciekawego o Tajlandii i o Tajach?
Po blisko dwóch miesiącach potrafię powiedzieć dwie rzeczy po tajsku. „Dziękuję” – kop-kun-kaa. Oraz „dzień dobry” – sa-łaat-di-kra. Choć jako facet powinienem powiedzieć sa-łaat-di-krap. Bo jest różna forma dla ponów i pań. I jeszcze jest różna forma dla obcokrajowców, której już nie pamiętam. I w sumie to cięgle mi się myli z tym jak mówili w Laosie – sabaidee. A dziękuję też mówię źle. Bo tajowie strasznie przeciągają końcówki. Dziękuję to raczej „kop-kun-kaaaaaa”. Wiecie co? W sumie po tych dwóch miesiącach w Tajlandii to ja mam wrażenie, że wciąż nie potrafię nic powiedzieć dobrze… To jakiś porąbany język. Ich alfabet może wygląda ładnie ale sprawia wrażenie niesamowicie niepraktycznego. Prosty tekst jak wrzucam w translator i daje tajom do przeczytania to oni potrzebują chyba z pół minuty żeby go ogarnąć. I jeszcze te przeciągnięte końcówki. Na ulicy słychać „masaaaaaage”, „how you doiiiiiiing”, „good morniiiing”, „thank youuuu”. Ogólnie strasznie śmiesznie to brzmi:)
Jedno słowo rozumiem doskonale. Znaczy nie wiem czy to słowo czy jak to nazwać inaczej. Taki odpowiednik naszego „co?”. Jak nie rozumiesz co ktoś mówi to odpowiadasz takie „wheee?” Albo „huh?”. No rozumiecie nie? I to strasznie akurat łatwo wchodzi i łatwo przyjąć za swoje. Np.
- musisz kupić bilet przed wejściem?
- Whe?
Albo moje ulubione. Puk mnie zapytała zanim wyjechałem. - Chciałbyś kiedyś wrócić do Bangkoku i mnie odwiedzić?
- Nie
- WHEEEEEE???
No, taki żarcik;)
I tak mi się zeszło do 15.00. Jechać? Patrzę na mapę. Żeby wyjść z miasta będzie potrzeba trochę czasu. No nic. Trudno. To postanawiam zostać jeszcze na jedną noc tutaj. Wieczorem znowu na targ. Podobnie jak wczoraj. Można odpocząć i się zrelaksować. W sumie jest fajnie:)
[modula id=”2233″]
