
Czasem Couchsurfing polega na tym, że spotka się kogoś kto zaoferuje Ci kawałek bezpiecznej podłogi na jedną noc i tyle. I super. Bo to bardzo pomocne. Ale czasem zdarzy się też tak, że spotkasz kogoś kto „poprosi cię” abyś zajął się zwierzakami pod jego nieobecność. I dziś mamy taki przypadek. Alejandro wylatuje ze swoim chłopakiem na wakacje. Nie będzie ich prawie tydzień. Mój gospodarz powiedział, że jeśli tylko chce, to mogę w tym czasie zostać u niego w domu. Nawet byłoby mu to na rękę, bo mógłbym zająć się wtedy jego futrzakami.
Nie zastanawiam się długo. Biorę. Choć w ostatnich etapach podróży spania po domach jest raczej sporo, to taka możliwość pomieszkania zupełnie samemu, w bezpiecznym mieszkaniu, w sprawdzonej okolicy. Z łóżkiem i kuchnią… Nie wiadomo kiedy taka okazja się znowu trafi. Warto skorzystać.
Także w sumie przez ponad tydzień przebimbałem sobie w Tijuanie. Świadomie robiąc niewiele i ciesząc się takim zwykłym byciem samemu. No. Prawie samemu. Bo futrzaki okazały się być nader, nader wymagające.
Thomas. Kot. Samiec. Ciągle się kręci i hałasuje. Każe się głaskać. Bez przerwy. Ale jeśli pogłaskasz źle to gryzie. Bezczelny.
Katie. Kotka. Samica. Księżniczka. Z jednej strony dostojna. Z drugiej, sprawia wrażenie jakby była na jakiejś konkretnej bombie. A to dla tego, że nie słyszy. W efekcie wodzi wzrokiem za wszystkim co się rusza i budzi ją każdy, choćby najdelikatniejszy zapach. A śpi dużo. W sumie to głównie śpi. Jak to kot. I robi to w najróżniejszych miejscach i pozycjach. Jak to kot.
Jest jeszcze suczka. Ta jest wyjątkowo grzeczna i wdzięczna. Tyle, że trzeba po niej sprzątać. I każe się miziać po głowie. Nie mam za dużego doświadczenia z psami. Ale myślę, że poradziłem siebie świetnie. Nawet przytuliłem jak się wystrachała petard za oknem.
Choć ostateczne wnioski mam takie, że zwierzęta w mieszkaniu to pomyłka.
Mimo wszystko trzeba było parę rzeczy załatwić. Udało się załatać plecak. Uffff. To ważne. Jeden problem z głowy. Za to pojawia się drugi. Kolejna karta SIM przestaje działać. Tzn. pokazuje że brak internetu. Nawet pojechałem z Omarem jeszcze raz do salonu się kłócić. Okazuje się, że babeczka co mi sprzedawała kartę załadowała doń zły pakiet. W efekcie zamiast 10gb dostałem 200mb… A zapłaciłem za 10gb. Po dłuższych negocjacjach powiedzieli, że naprawią. Nie naprawili. Ech…….
Zapoznałem się dobrze z okolicą. Mieszkanie znajduje się akurat nie daleko od plaży. Dosyć dziwnej plaży. Niby popularnej. Ale np. nie oświetlonej. Wieczorem panuje tu bardzo specyficzny klimat. Ale ludzie się bawią. Raz na jednej imprezie tutaj poznałem Michelle. Ta zabrała mnie na lokalny trunek. Clamato. Takie piwo… Z ostrym sokiem pomidorowym, wyłożone krewetkami…

Powiedzieć, że mi nie smakowało to jakby nic nie powiedzieć.
Za to smakowało mi jedzenie. Bo choć Meksyk słynie z doskonałej kuchni to ja postanowiłem jednak skorzystać z faktu, że mam… No właśnie, „kuchnie” i jeszcze zanim oddam się poznawaniu nowych smaków to wziąłem się za gotowanie w domu. Dużo mięsa, jaj i owoców. Tak żeby się dobrze odżywić przed kolejnym etapem podróży. Pyszności. I fajnie tak sobie postać przy garach od czasu do czasu.
Do tego regularne treningi na drążkach. Jakieś podciągania, dipy, zakroki. I od razu ciało jest jakieś takie świeższe. Bardziej ułożone.
Chłopaki wrócili z wakacji wieczór wcześniej niż się spodziewałem, robiąc mi tym samym sporą niespodziankę. Ale to nic. Ważne, że się dobrze bawili i dobrze odpoczęli. Chłopak Alejandro wraca do domu w San Diego. A my z moim gospodarzem porządnie wysprzątamy chałupę. Potem jeszcze zrobię pranie. Coś w między czasie popisałem. Blog w końcu będzie na bieżąco. Ciekawe na jak długo xD.
Fajnie tak czasem pożyć normalnie. Złapać chwilę oddechu. Poczuć, że wszystko jest dobrze. Wszystko na swoim miejscu. Zostawić za sobą co należy zostawić i skupić się na tym co nadchodzi. A nadchodzi Meksyk i cała Ameryka Łacińska. Nie mogę się doczekać!
Dzięki Alejandro! Dzięki za wszystko! Za gościnność, troskę pyszne tacos i doskonałą kawę. Dzięki!


























