Śniadanie w takich warunkach smakuje wyśmienicie. Nawet pomimo iż to nic specjalnego. Ale i tak… Cudowne doświadczenie.
Tylko powoli nawet ja się już czuję zmęczony. Może by tak jednak udać się na jakieś spanko? Znajduje jakiś uroczy park. Po prostu wale się pod drzewo i lulu…
Podoba mi się tutaj. Jest zupełnie inaczej niż po drugiej stronie rzeki. I to mi się w tym mieście podoba. Że jest takie różnorodne. Gdzie bym się nie podział w Bangkoku to mam wrażenie, że jestem „gdzieś”.
I tak ze 4 godzinki pospałem. Ostatnie dwa razy na pierwszego stycznia jeździłem na morsowanie (pozdrawiam Januszy morsowania) do Świdra. Cóż… W Bangkoku z morsowaniem może być ciężko. Ale za to może się chociaż uda się zrobić sensowny trening. Uda się. Bo w parku jest siłownia. Nie taka śmiechowa jak u nas są. Tylko taka śmiechowa inaczej. Wciąż, ze sztangami, sztangielkami, nawet kilkoma maszynami. Wszystko to takie stare, tanie i toporne. Ale waży. A więc działa. Trenuje kilka osób. Chętnie zapraszają. Miła atmosfera. No to ja też coś pomacham. Nie za dużo. Słabe żarcie, słaby sen. Zarwana nocka. Organizm w szczycie formy to nie jest. No ale fajny rozruch można zrobić. Po dwie solidne serie robocze na partie i styka.
Zanim wyjechałem, przez 1,5 roku pracowałem jako trener personalny. Uczyłem ludzi jak poprawnie się ruszać, ćwiczyć, trenować itp. I cóż. Teraz jak patrzę jak ludzie sami próbują trenować w takim miejscu jak to, to na nowo odkrywam sens mojego zawodu. Generalnie ludzie nie wiedzą za bardzo co robią. I pozostaje mieć nadzieję, że nie zrobią sobie krzywdy…
Dziś pierwszy stycznia więc święto nakazane. Kościoły w Bangkoku są ale ustalenie, który jest otwarty i kiedy to już nie taka prosta sztuka. Przechodzę mostem przez rzekę. Znajduje się w jakiejś ciekawej części miasta. Taki klimat trochę postkolonialny (Portugalia), trochę slumsowo, rybacki. Ogólnie bardzo ciekawy. I tu i ówdzie znalazł się obraz Wielkiego Papieża Polaka. No bo jest kościół. I jakiś katolicki klimat wokół. Szkoła itd. Ale nie znajduje informacji żeby była dzisiaj Eucharystia. Zostaje w okolicy. Rozglądam się. Coś pospaceruje. Podoba mi się tutaj. Jest zupełnie inaczej niż po drugiej stronie rzeki. I to mi się w tym mieście podoba. Że jest takie różnorodne. Gdzie bym się nie podział w Bangkoku to mam wrażenie, że jestem „gdzieś”. Przechodzę dwa kilometry dalej i znajduje się w jakimś chińskim miejscu. Ze świątyniami i w ogóle. Fajnie. Odwiedzam jakiś targ. Ktoś napisał z życzeniami noworocznymi. Trochę popiszemy. Fajnie. Jednak święto. Jednak Nowy Rok. Fajnie go spędzić, nawet w takiej formie, z bliskimi. Ostatecznie mszy nie ma. Nie udało się być. Ale zostaję na pomoście. Siadam na dłuższą chwilę z notesem. Zamierzam trochę poplanować. W końcu Nowy Rok! Trzebaby mieć jakąkolwiek strategie na najbliższe dni, tygodnie, miesiące, lata… Dobra, z tymi latami to poleciałem. Myślę, że w 2025 wrócę do domu… Chyba…
Poza tym jest postanowienie żeby ogarnąć bloga. Trochę się zapuścił. A ktoś to czyta i czasem nawet daje pozytywny feedback. Także dla Was, warto:)
Z pomostu wywala mnie ochroniarz. Wygląda na to, że kolejna nocka w parku. Ale zanim… Ok, to może trochę dziwne ale mam poczucie, że nie napatrzyłem się jeszcze dostatecznie na wczorajszą mordownie. Po drodze do parku znów zahaczam o Khao Lak. Patrzeć na to niesamowite dla mnie zjawisko. Tutaj impreza trwa każdej nocy, każdego dnia tygodnia. Nie oceniajcie…
[modula id=”1667″]
