No i DUPA. Nie wstałem w nocy xDDD. Jejuńciu. Ależ się źle z tym czuję… Jak słowo daję. Planowałem wstać. Jeszcze te kawę wypiłem. Był bezpieczny pokój. Było dobre wifi. Były idealne warunki. Po prostu nie wstałem. A czemu. No więc wieczorem byłem bardzo zmęczony. I nieopatrznie ustawiłem budzik na polską godzina na jaką się umówiłem z mamą. Tj. 19.30. Tyle, że 19.30 to była w Polsce. Wiec powinienem był ustawić na 1.30. Eeechh… No nie ważne.
Rano piszę od razu do mamy. Jeszcze nie śpi. Przepraszam, tłumacze się… Mówię co się stało. Żalu nie ma. Ale czekali… Przepraszam wszystkich, którzy czekali tam na mnie. Rodzinkę, wujka, ciocie, wszystkich Krzemińskich. Ja naprawdę chciałem!
Troskę smuteczek, bo jednak bożonarodzeniowe śniadanie jedzone samemu… Ale nie do końca. No więc jak się jest mamą bobasa to czasem się nie śpi w różnych godzinach prawda? W Polsce 6 rano. Ale jedna taka mama została właśnie obudzona przez swoją pociechę i postanowiła zapytać co słychać. W efekcie bardzo umiliła mi ten świąteczny poranek. Dzięki:)
Father John zaprasza na śniadanie. A do jedzenia jest… Chleb. Właśnie sobie uświadomiłem, że nie jadłem chleba od… Dawna. Ok. To nie jest prawdziwy chleb. Tylko tostowy. Za dzieciaka uwielbiałem. Teraz, trochę gardzę. Ale zjem. Bo do tego jajka sadzone i paróweczki. I oczywiście kawusia. Jest śniadaniowy klimacik.
Na 10.00 msza. Ale tak jak pisałem, wczorajsza była chyba dzisiejsza. Bo dziś ludzi w kościele prawie nie ma. Ułamek tego co wczoraj. Także wygląda na to, że oni tu znacząco inaczej obchodzą święta. Jestem w relatywnie małej, nie turystycznej miejscowości. Klimatu świąt na ulicy praktycznie nie czuć. Żadnych choinek ani mikołajów. Wydaje mi się, że w takich warunkach to raczej święto religijne niż kulturalne. I zwyczaje, jak pisałem wcześniej, inne. Pasterki nie ma. Imprezę zaczęli mszą po zmroku (po Bożemu). No i nie świętowali w sumie wczoraj w domach tylko bardziej całą wspólnotą parafialną. Także znowu wymiar chyba bardziej wspólnotowy niż rodzinny. I to ma też o tyle sens, że wiele z lokalnych wiernych jest odosobnionych w swojej religii, również we własnych rodzinach. Otoczeni przez wszechobecny buddyzm, nie małą grupę obecnych tu muzułmanów i chrześcijan innych obrządków (wyznań?). Nie jestem pewien jak powiedzieć poprawnie.
No w każdym razie bycie katolikiem tutaj to musi być jednak coś zupełnie innego niż u nas. Ciekawostką jest, że Ci ludzie wciąż wydają się pozostawać kulturowymi buddystami. I taki układ, szczerze powiedziawszy, mi odpowiada.
Father John odwiezie mnie na moją plażę. Impreza już w zasadzie skończona. Drugiego dnia świąt nie ma. Ksiądz mi jeszcze proponował, że zabierze mnie w góry do innej lokalnej wspólnoty. Kusząca propozycja ale mam już ustawiony trening na popołudnie. Muszę wracać. Odwiezie mnie autem. Ma czas. Bardzo miło z jego strony. Może oszczędzi mi to niechcianych kontaktów z nieoznakowanymi taksówkami-skuterami. Nie żegnam się jeszcze z proboszczem, bo na pewno wpadnę jeszcze na parafię w niedzielę. Tymczasem… Trzeba by jakoś uczcić Boże Narodzenie.
Zaopatruje się w jakiś mrożony napój i idę na plażę. Zbliża się południe. Znajduje jakiś stolik. No idealnie. Rozkładam zakupione wczoraj specjały. Mięsko z grilla, rybka, kurczaczek, jakieś szaszłyki, sushi, banany, arbuzik. Ogólnie odkąd jestem w Azji to prawie nie jem paskudnego cukru w postaci, czekolady, cukierków, batonów itp. szkoda na to kasy i zdrowia w takich warunkach. No ale dziś Boże Narodzenie. Zrobiłem wyjątek. Po takim czasie człowiek już troszkę tęskni do śmieciowego jedzenia.
W każdym razie, same pyszności. Mniam, mniam.
Troskę smuteczek, bo jednak bożonarodzeniowe śniadanie jedzone samemu… Ale nie do końca. No więc jak się jest mamą bobasa to czasem się nie śpi w różnych godzinach prawda? W Polsce 6 rano. Ale jedna taka mama została właśnie obudzona przez swoją pociechę i postanowiła zapytać co słychać. W efekcie bardzo umiliła mi ten świąteczny poranek. Dzięki:)
A po śniadanku czas na drzemkę. O 16.00 trening.
No i cóż. To był zdecydowanie najsłabszy trening ze wszystkich. Brzuch mam spięty jak cholera. Ciężko mi utrzymać pozycję. Nie ma mocy. Nie ma siły. A dodatkowo odzywa się wczorajsza wigilia. Tzn. goni mnie do toalety. Na tyle, że muszę przerwać na chwilę trening. Udało się wrócić i dokończyć. No ale lipa. Radości nie wiele. Efektu brak. No lipa po prostu. No ale bywa i tak. Intensywnie się zrobiło ostatnio. Do tego to tajskie żarcie. No nic. Jutro może będzie lepiej.
Na wieczór wracam na plażę. Jestem umówiony z rodzinką że jednak zadzwonię. Wszystko działa tylko… Niestety wciąż goni mnie do kibla… Ech… Przerwa w rozmowie. Wracam na salę. Tam będzie kibel blisko. Lepsze łącze. Chyba mnie tam lubią to może nie wywalą. Wieczór z rodziną na telefonie. Miło. Spać idę na plażę obok.
[modula id=”1514″]
