Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-06-17 przez MikolajTD

Dzień 270 – Żarcie ze śmieci

Dzień 270 – Żarcie ze śmieci
2025-06-17 przez MikolajTD

No i tym razem lipa. W nocy było po prostu mokro. Namiot już zaczął się powoli poddawać. Ale coś tam pospać się mimo wszystko udało.  No nic. Trzeba wstawać. Słońce wschodzi akurat po drugiej stronie wzgórza więc tutaj nie wyschnę. Pakuję sprzęt jaki jest i idziem.
Przed opuszczeniem Wanaka (Wanaki?) chciałem jeszcze zaliczyć jeden pagórek. Wędrówka na szczyt jest zdecydowanie prostsza i krótsza niż ta wczorajsza. Kilka dłuższych chwil i jesteśmy. A na górze… Widok jest absolutnie cudowny.
Wanaka to takie miejsce, które wydaje się być wręcz idealne na moją wieś. Jest jezioro. Są góry. Lasy. Łąki. Pola. Owce. I zielony pagórek, z którego można sobie na to wszystko popatrzeć. Jedyny problem, to że już tu zajęte. I za dużo turystów. A, i 18000km od domu…
Na górze słoneczko grzeje konkretnie. Temperatura niska. Dosłownie kilka stopni na plusie. Ale wyjmuje graty i susze. Sam rozkoszuje się chwilą.
Schodząc mijam po drodze przynajmniej kilka dziewczyn wspinających się na górę w krótkim rękawku. I jest to bardzo tutejsza rzecz. Ludzie przy kilku stopniach na zewnątrz często nie zakładają nic poza koszulką i szortami. Starzy, młodzi, chłopaki, dziewczyny. Wszyscy. Wspaniali!
Łapie pierwszego stopa. Drugiego. Dobrze idzie. Ląduję na jakimś skrzyżowaniu. Piękna sceneria. Czyste powietrze. Biorę głęboki oddech. Rozglądam się i… Widzę przy drodze jakieś podejrzane pudełeczko. A nawet dwa. Podchodzę. Oglądam z jednej, drugiej strony. Pociągam nosem. Jedzenie. Trącam ostrożnie. Potem trochę śmielej. W końcu zbieram się na odwagę i otwieram. A w środku… Pad thai. Prawdziwy Pad thai. Znaleziony w szczerym polu.  W dodatku wygląda na świeży. Wręcz nietknięty.
Zawsze wydawało mi się podejrzane, że Izraelici na pustyni codziennie się budzili z jedzeniem podstawionym pod nos. Ale skoro tutaj z nieba znikąd spadają pad thaie…
No pewnie ktoś wyrzucił z auta. Ale czemu? Świeży. Pachnący. Nietknięty. Gdzie mój widelec? Dobre. I dużo tego.


Idziemy dalej. Nie zdążyłem jeszcze wystawić kciuka, a zatrzymuje się kamper. W środku dwóch Francuzów. Na wizie work and travel. Aktualnie bardziej travel niż work. Jadą w moim kierunku. To jedziemy.
Pierwotny plan był dziś jechać do Aoraki/Mount Cook. Natomiast zrobiłem nieco dokładniejszy research na wszelki wypadek. I okazuje się, że jutro będzie tam… -13°C. Tj. w najcieplejszym momencie w ciągu dnia. Bo nocą ma być nawet -27°C. Ekhm… No cóż. Na aż takie warunki same dresy mogą nie wystarczyć. To ja może podziękuję. Innym razem. Szkoda trochę, bo widoki fajne.
Jedziemy, a drogę mamy wspaniałą.
Nasz cel na dzisiaj to Lake Tekapo. W miarę jak się do niego zbliżamy to sceneria wokół się zmienia. Słońce zachodzi, jest coraz ciemniej a na drodze pojawia się… Śnieg. Hmm… Śnieg. Tego nie przewidziałem.
Dojeżdżamy na miejsce. Chłopaki mają tu kontener mieszkalny. Mówią, że mnie tam niestety nie zmieszczą. Trudno. Jakoś sobie poradzę. Ale mimo wszystko skorzystam z pomocy i poproszę o pod ładowanie w nocy mojego powerbanka. Rano odbiorę. Żegnam się z moimi nowymi, francuskimi kolegami. Oni do domu. Ja do marketu. Ten jest otwarty jeszcze przez parę godzin. Spróbuję obeschnąć ile się da.
Myślę co tu zrobić. W nocy ma być -5. Zimno. Do około 0 jestem przygotowany. Ale -5? Ceny za nocleg tutaj są daleko poza moim budżetem. To turystyczna mieścina. Malutka, swoją drogą. Sprawdzam czy w okolicy są jacyś couchsurferzy. Są jakieś dawno nieaktywne konta. Spróbować napisać nie zaszkodzi ale nie należy mieć nadziei. Hmmm… Może spytać Francuzów czy daliby mi się przespać w cameprze. Wolą nie.
No nic. Wygląda na to, że trzeba się będzie zmierzyć z tym wyzwaniem. Wychodzę na zewnątrz. Wieje. Zimno jak cholera. Brrrr.
Po pierwsze wyjść z miasteczka. To położone jest nad jeziorem, od którego mocno wieje. Wyjdę do lasu. Tam powinno być lepiej.
Po drodze mijam publiczną toaletę. Sprawdzam. W środku miejsca sporo. Czysto. Ciepło. W sytuacji awaryjnej można się tu schować. Tak wiem, obrzydliwe. Ale zapewniam Was, że w obliczu przemarzniętej nocki, tego typu miejscówka to wybawienie.
Wychodzę z miasteczka. Jest już las. I tu od razu czuć różnicę w temperaturze. Nie jest źle. Teraz tylko poszukać wygodnego legowiska. Znajduje coś pod drzewem. Tu akurat śniegu nie ma. Za to jest ładny widok na jezioro.
Trzeba to dobrze przygotować. W spaniu na dziko kluczowy jest grunt. Najwięcej zimna bierze się stamtąd. Rozkopuję zmarzniętą ziemię. Pod spodem jest trochę cieplejsza. Organizuję stos iglastych gałęzi. Układam w rozkopanym miejscu. Na nich rozbijam namiot. I gotowe. W środku zastosujemy jeszcze jeden trik. Stopy włożę w śpiworze do plecaka. Ponoć stara alpinistyczna sztuczka. Znam niby od dawna. Ale nigdy nie stosowałem. Paluchy u nóg przeważnie marzną pierwsze więc warto spróbować.
Trochę się rozgrzałem. W sumie czuję się doskonale. Trochę truchtam żeby złapać temperaturę przed wejściem do śpiworka. Śniegu dużo. Niebo czyste. Jest jasno. Klimat niesamowity. Jest magicznie. Chłonę chwilę całym sobą. To wszystko wydaje się jakieś takie znajome. Jakbym kiedyś już tu był. Aaaa. Pamiętam. Assassin’s Creed: Valhalla.

Poprzedni artykułDzień 269 - Najbardziej ikoniczna miejscówka na Instailustracja wprowadzajaca dzien 269Następny artykuł Dzień 271 - Środek zimyilustracja wprowadzajaca dzien 271

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta