Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-06-12 przez MikolajTD

Dzień 269 – Najbardziej ikoniczna miejscówka na Insta

Dzień 269 – Najbardziej ikoniczna miejscówka na Insta
2025-06-12 przez MikolajTD

Namiot. Cóż to za wspaniała rzecz. Namiot. Powinienem częściej korzystać. Zwłaszcza, że akurat tej nocy padało. Choć się wieczorem nie zapowiadało.
Namiot mam mały i lekki. Waży nieco ponad kilogram. W plecaku zajmuje niewiele więcej miejsca niż butelka wody. Ale te parametry mają swoją cenę. Jego wodoodporność jest ograniczona. Ale dziś poradził sobie znakomicie. Wyłażę.

Schodzę. Jeden krok, drugi i… ŁUP. Ło matko. Dawno tak nie grzmotnąłem. Widać trzeba być ostrożniejszym. Wstaję. Piąty krok, szósty, siódmy… ŁUP.

Jest mokro. I pochmurnie. Niestety. No ale nie ma co narzekać. Zawijam graty i ładuję się na trasę. Nikt mnie chyba w nocy nie wyczaił pomimo iż na parkingu obok stoi już kilka aut. Ludzie są już na szlaku. Tylko ja się obijam i siedzę w śpiworze do 8.
Przy wejściu stoi skrzynka z symboliczną opłatą 5$. Akurat mam.
Jestem prawie pewien, że kamera, która bacznie obserwowała wczoraj w nocy bramkę, dziś skierowana jest… W niebo. Chyba ktoś jej pomógł.
Na tablicy widnieje informacja, że dojście na szczyt i z powrotem zajmie około 6 godzin. No to szacuję, że mi to zajmie góra 4,5. Mniej więcej taki przelicznik mi działa w przypadku szlaków górskich. W drogę.
Trasa nie jest łatwa. Dosyć stroma prawie cały czas. U początku czas umilają wszechobecne krówki i owieczki. Jest chłodno. Ale intensywny marsz podnosi temperaturę ciała tak, że tego nie czuć.
Wymijam innych piechurów. Jednego po drugim. Mam dobre tempo. Nie zatrzymuje się. Ale… Nie daleko po mnie ruszył jakiś rudy jegomość. Wydaje się, że lokals. Goni mnie. Ale nie zamierzam dać się wyprzedzić. Skupiam się na turystach z Chin idących przede mną. Wyprzedzam. Choć nie powiem żeby było to łatwe. Serducho wali porządnie ale idę dalej.

Przystaję na moment po mocnym podejściu. I kij. Wyprzedza mnie rudy chłopak. Na oko w moim wieku. Wyższy ode mnie o co najmniej 5cm. Lżejszy pewnie o 15kg. Długie nogi i lekki plecaczek. E tam. Jakbym ja miał takie warunki to nigdy by mnie nie dogonił. Podziwiam widoki.
Choć ja idę na szczyt to główną atrakcją jest tu punkt widokowy znajdujący się trochę niżej. Ponoć jedno z najbardziej instagramowych miejsc w Nowej Zelandii. Cóż. Pewnie nie dzisiaj, bo chmura konkretna. Ale idziemy.
Dochodzę. Rudy lokals tylko się uśmiecha i pyta jak się czuję, wcinając jakąś kanapkę. Dobrze. Na punkcie widokowym nikogo nie ma. To idę nacieszyć oczy. I choć pogoda słaba to coś tam udaje się zobaczyć. Tego samego niestety nie mogą powiedzieć Chińczycy, którzy na miejsce przyszli paręnaście minut po mnie. Wygląda na to, że załapałem się na ostatni moment, w którym było jeszcze coś widać zanim chmura wszystko przykryła. Idę dalej.
Na szczyt już mało kto się wybiera i nie widać na nim już nic. Za to pojawił się śnieg. I jest ślisko. Jak cholera. I wieje. A wejście tu zajęło mi dokładnie 3 godziny. Cóż. Roys Peak. 1600 metrów w górę. Dziś nie specjalnie mnie wynagrodziło. Za długo tu nie posiedzę. Trochę smutno. Wczoraj była idealna pogoda. Bezchmurnie. Słonecznie. Cholipka. Szkoda tego jednego dnia przesiedzianego w Queenstown. Szkoda, że nie wlazłem tu wczoraj.
Schodzę. Jeden krok, drugi i… ŁUP. Ło matko. Dawno tak nie grzmotnąłem. Widać trzeba być ostrożniejszym. Wstaję. Piąty krok, szósty, siódmy… ŁUP.
Zejście na dół okazało się nieporównywalnie większą mordęgą niż wejście. Jak słowo daję. Przez ostatnie pięć lat razem wziętych nie wyrąbałem się tyle razy ile przez dwie godziny zejścia z Roys Peak. Po każdym łupnięciu jestem w totalnym szoku. Przecież takie rzeczy mi się nie przydarzają. Innym to może. Ale mi? Przecież ja jestem na to zbyt dostojny. Jak ta paskudna góra śmie mnie tak traktować?
Pada. Błoto jak cholera. I ja cały w tym błocie. Przed wyjazdem z Australii wyprałem absolutnie wszystko. Również buty, plecak i namiot. I kij. Po praniu nie ma już ani śladu.
Zszedłem. Całość zajęła mi w sumie 5 i pół godziny. Szok. Mokry. Ubłocony. Upokorzony… I z zaskakująco dobrym humorem. Fajnie było:).
Do miasta 6km. Normalnie bym stopował ale w tym stanie to aż mi głupio. A tu cyk. Pomimo, że dłonie w kieszeni to zatrzymuje się auto. Chłopak pyta czy nie idę przypadkiem do miasta. No idę. „To wsiadaj”. Uprzejmie uprzedzam, żem cały w błocie. „To nic. Nie martw się. To służbowe auto”.
Mój anioł podwozi mnie do miasteczka. Trochę się rozglądam. Wypadałoby gdzieś usiąść, wysuszyć się i coś zjeść.
Z mojego doświadczenia wynika, że w każdym, nawet najdroższym kraju daje się znaleźć jakąś ekonomiczną, jedzeniową opcję. I Nowa Zelandia nie jest tu wyjątkiem. W tutejszej Domino’s Pizza można kupić całkiem smaczną pizzę w rozmiarze „family” za jakieś 22zł. Rozmiar idealny dla mnie. Najem się do syta.
Podjadłem, obeschłem. Rzucam okiem na mapę. Idę. Znajduję parking pod jakimś wzgórzem. Stoi tu mnóstwo kamperów. Przy wejściu na szlak widać obrazek zabraniający biwakowania. Ale to na szlaku. Na parkingu nikt nie broni. Rozbijam namiot. Trochę pada ale dam radę. Nikt mnie raczej tu nie wyłapie… No cóż. Człek żaden mnie nie wyczuł. Ale pies tak. Choć nie wyszło to na źle. Mieszkaniec kampera nie ma nic przeciwko żebym rozbił się obok. Więcej. Poczęstował gorącą zupą.

Poprzedni artykułDzień 268 - Pierwszy nocleg pod namiotem od czasu...Ilustracja wprowadzajaca dzien 268Następny artykuł Dzień 270 - Żarcie ze śmieciIlustracja wprowadzajaca dzien 270

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta