Uaa. Uuuaaaaa. O choleraaa. Ale na… Boli. Ale boli. Wszystko dosłownie. Najbardziej plecki. Ale brzuch też. Jaki spięty. I przedramiona. Zmęczone od amortyzowania ciosów. Dziwne. Może nie jestem w szczycie formy ale nie spodziewałem się, że aż tak mnie przytka. A tu poranek. Trzeba iść na trening.
Jestem umówiony na telefon z domem dziś w nocy. Choć przyznam, że ledwo staje na nogach. Daje znać, że zadzwonię 19.30 czasu polskiego. Ale muszę się wcześniej trochę przespać. Walnąłem sobie taką mocną kawę z cukrem. I drzemka. Budzik. Nastawiony. Tylko chwilę się zdrzemnę…
8 rano. Podobnie jak wczoraj. Zaczynamy z lekkim opóźnieniem. Lecimy według znanego już schematu. Jak już się rozruszałem to jest lepiej. Choć mam wrażenie, że gazu jakby trochę mniej niż wczoraj. Nie zniechęca to w żadnym stopniu mojego trenera. Ogólnie Kuu wydaje się mieć mnóstwo radochy ze swojej pracy. Z każdą rundą podkręca tempo. Krzyczy głośno jak wyprowadzam ciosy „PAM PAM PAM”. W tajskiej kulturze Muay Thai jak nie krzyczysz podczas ciosu to się nie liczy xD. Przy czym ma to sens. Okrzyk pomaga przy prawidłowej pracy oddechem, a więc i spięciem, co przykłada się na siłę uderzenia. Ostatnie rundy. Kuu podkręca. Nie odpuszcza do końca. Jedziemy jedziemy. Jest już ciężko ale karze zadawać kolejne ciosy w tarcze. I koniec. W końcu. Uff. Lekko nie było. „Very very” mówi Kuu. On chyba tak mówi jak chce pochwalić. Takie mam wrażenie. W ogóle jego angielski prawie nie istnieje. Zna tylko komendy potrzebne do treningu. Przy czym „kick” wymawia jako „kip”. I kilka innych takich lingwistycznych śmiesznostek bym jeszcze znalazł. W dodatku mój trener jakoś nie może zapamiętać mojego imienia. Za każdym razem mówię mu, że „Michael”, a on po chwili „Jimmy, Jimmy” xD. Ok. Po trzecim treningu już dałem spokój. Idzie się przyzwyczaić. Po tarczach idziemy jeszcze na worek. Tutaj praca nad techniką kopnięć. Chyba mistrz Tody mu kazał żeby on kazał mi robić. Od teraz treningi będą dłuższe, bo trzeba jeszcze odwalić na koniec pracę na worku. W sumie wychodzi około 1h 20 minut. Przychodzi mistrz. „You can fight! You are very good fighter” mówi. No teraz to chyba już mnie próbuje urobić. „Thank you” odpowiadam.
Po treningu kąpiel w morzu, higiena i śniadanie. Te nie za duże, bo dziś wigilia. Zdrzemnę się na plaży. Wezmę za wysyłanie życzeń. W tym roku mam postanowienie trochę ich powysyłać. Więc zaczynam wcześnie. Potem skoczę na targ. Jest otwarty od 15, bo dziś wtorek. Zrobię zakupy na święta. Trzeba jakoś ten czas podkreślić. To przynajmniej będę miał ze sobą dobre jedzonko. I cyk, z powrotem na trening. A tu niespodzianka. Zmieniam trenera. Dla mnie spoko. Zawsze to trochę fajniej potrenować z różnymi. Każdy ma swój styl i zwraca uwagę na inne rzeczy. Ten wydaje się młodszy ale równe uśmiechnięty. Schemat treningu identyczny tyle, że troszkę inna rozgrzewka. Mój nowy trener trochę bardziej zwraca uwagę na technikę. Mniej przydługich kombinacji. Więcej pojedynczych ciosów. Spoko.
Robota na dziś już odwalona. Znowu szybki prysznic. I lecim. Trzeba się dostać do Pchetchaburi. Idę na trasę. I po chwili zatrzymuje się auto. Pełna rodzinka. W środku ciasno ale mnie zmieszczą. Jadą do Bangkoku. Mieli mnie wziąć tylko na kawałek ale trochę zmienią trasę żeby mnie zawieść na miejsce. Wspaniali, dobrzy ludzie. Wyrzucają mnie w mieście. Stąd pół godzinki na piechotę i jestem na miejscu. Msza o 20.00. Jest 19.00. Ale w środku podejrzanie dużo ludzi. To wchodzę. Jakaś ceremonia w kościele. Ale mijam proboszcza i ten uspokaja, że zaczynamy dopiero za godzinkę. No to jest spokojnie. To biorę się za kolejną partię życzeń.
Msza zaczyna się punktualnie. Klimat zupełnie inny jak u nas. Mam wrażenie, że śpiewają raczej świąteczne piosenki niż kolędy. A Eucharystia chyba jest jutrzejsza. Bo dwa czytania były. A no i kościół pełny. Faktycznie chyba zjechała się cała parafia. I po mszy wszyscy udają się do sali pod kościołem. Znaczy to taka sala otwarta, bez ścian. No na zdjęciach chyba widać. I tu zaczyna się impreza. Każdy opiekuje się mną jak może. Ktoś wskaże gdzie iść, ktoś da do ręki talerz, ktoś pomacha, ktoś coś nałoży. Mam wręcz małe poczucie przytłoczenia dobrocią i troską lokalnego kościoła. Jedzonka sporo. Jest na słono i na słodko. Raczej tajskie żarcie. I to takie z kategorii dziwacznych. Najlepsze są lody. Poszedłem do stanowiska z entuzjazmem. A tu się okazuje że na dno pudełka lądują ryż i jakieś coś co nie wiem czym jest. Potem na to lód. W sensie takie skruszone kostki lodu. I na to jakieś dziwne kolorowe sosy xD. Wygląda to turbo podejrzanie. No ale okazuje się, że smakuje dużo lepiej niż wygląda.
Mijam proboszcza przy napojach. Ten wciska mi do dłoni puszkę piwa. Ale ja chciałem Pepsi xD. Przez całą imprezę, co chwila mija mnie jedna filipinka. „Heeeey” mówi przeciągle. Wyłapuje w tłumie Chani. Siadam obok niej. Biedna. Została moja niańką. Coś nawet pogawędzimy. Zdaje się, że moja rozmówczyni przeżywa swego rodzaju religijny kryzys i jest na drodze konwersji z protestantyzmu na katolicyzm. To pewnie nie łatwa sprawa. Impreza trwa. Jest trochę chaosu. Na początek startujemy z karaoke. Wiadomo. Azja. Karaoke na imprezie musi być. Zaczyna ksiądz proboszcz. Ale najbardziej czadu daje lokalny nauczyciel angielskiego. Ziomek w ogóle też bardzo się o mnie troszczył. Pewnie był świadomy, że nie pogadam tu z wieloma osobami. A chyba głównym punktem programu okazuje się być wielka loteria. Wszyscy biorą w niej udział. Łącznie ze mną. A do wygrania: prześcieradła, kocyki, suszarki, wentylatory i inny wszelkiej maści sprzęt AGD. No zabawnie, nie powiem. Termosy, suszarki, a główną nagrodą jest chyba mikser. Ludzie ubaw mają jak mało gdzie. Każdą jedna najmniejsza wygrana każdego cieszy. Jest bardzo miło, serdecznie i wesoło. Choć robi się trochę nużąco. Na chwilkę uciekam do telefonu. I od razu słyszę za sobą głos: „Its you, Its you”. Hmm… Jak ktoś mówi po angielsku to pewne do mnie, a to oznacza, że… Wygrałem! To mój numer! Wygrałem! Co wygrałem!? Proszek do prania! Hurrraaa!
Oklasków dostałem jak mało kto. Wszyscy byli zachwyceni. To jest taki moment, w którym się zastanawiam czy świat próbuje mi coś powiedzieć. Może powinienem w trakcie podróży robić pranie częściej?
No bardzo było sympatycznie. Impreza potrwała nieco ponad dwie godziny. W międzyczasie ksiądz dał mi znać, że ma wolny pokój i mnie przenocuje na parafii. Idealnie. Po prostu idealnie.
Jestem umówiony na telefon z domem dziś w nocy. Choć przyznam, że ledwo staje na nogach. Daje znać, że zadzwonię 19.30 czasu polskiego. Ale muszę się wcześniej trochę przespać. Walnąłem sobie taką mocną kawę z cukrem. I drzemka. Budzik. Nastawiony. Tylko chwilę się zdrzemnę…
[modula id=”1489″]
