Komary w nocy trochę nie chciały dać pospać. Ale nic to. Wstaje. I nawet mi się chce wstać. Już od jakiegoś czasu byłem mocno napalony na te treningi Muay Thai. No i w końcu się udało. W końcu zrealizujemy to małe marzenie. Pobudka o 7.00. Trening o 8.00. Nie wypada się spóźnić.
Tzn. mi nie wypada, bo tajowie jak to tajowie. Luźne podejście do zegarka. Jakieś 10 minut po ósmej pojawia się mój trener. Podchodzi, przedstawia się. Ma na imię Kuu. A potem przez kolejne 5 minut szarpie się ze sprzętem audio. Wiadomo. Muzyczka musi być. Mój trener na oko jest w mniej więcej moim wieku. Wyraźnie mniejszy. I wyraźnie „okopany”. Za to bardzo uprzejmy, bardzo uśmiechnięty i zaangażowany. Bierzemy się do roboty.
Koniec treningu. Siedzę w ringu i łapię oddech. Nagle podchodzi mistrz Toddy i woła: „Michael, you are very talented!”. „I know” – myślę, „thank you” – odpowiadam.
Miło, że trener oszczędził mi „tradycyjnych” metod treningowych Tajów i nie kazał biegać 10km na początek dnia. Mam nadzieję, że skupimy się na technice. Kondycję mogę trenować samodzielnie. Rozgrzewka.
Ta jest dosyć spokojna. Jakieś krążenia głowy, bioder, ramion. Wymachy, skręty. Krok po kroczku przygotowujemy każdy staw do ciężkiej pracy. Dalej walka z cieniem. Jeszcze żeby się dogrzać. Czuję się dobrze. Nawet bardzo dobrze. Trener pokazuje mi kilka uderzeń i patrzy jak się ruszam. Widzi, że kumam to i owo. Dobrze. Możemy pominąć podstawy podstaw.
Zakładam rękawice i leci pierwsza runda na tarczach. I od razu widać, że ziomek to faktycznie konkretny trener, a nie jakiś podrabianiec. Tarczuje bardzo dobrze. Na razie sam boks. Same łapy. Wchodzi jak złoto. Jest energia.
Lecą kolejne rundy. Zmiana na tarcze pao. Dorzucamy kopnięcia. I kolana. I jakieś łokcie nawet wpadną. No jest cudownie po prostu. Cały trening to praktycznie praca na tarczach. I ekstra. To esencja treningu indywidualnego. Wymagające nie tylko dla mnie ale i dla trenera.
W tle leci jakaś totalnie śmiechowa, sielsko-rajska muzyczka. Jakiś głos odlicza kolejne rundy i motywuje do pracy. Trochę cringe xD. Zwłaszcza, że to chyba jest głos właściciela klubu.
Uuuaaaaa. I tak żeśmy przerobili ponad 10 rund. Konkrecik. Trochę się spociłem. Ale na luzie dałem radę. Kondycyjnie nie jest jakoś tragicznie. Fajnie było.
Koniec treningu. Siedzę w ringu i łapię oddech. Nagle podchodzi mistrz Toddy i woła: „Michael, you are very talented!”. „I know” – myślę, „thank you” – odpowiadam.
Mistrz zachwala i mówi żebym koniecznie przychodził między treningami i popracował samodzielnie na worku xD. Ja właśnie wymęczony skończyłem trening. A następny za parę godzin. A ten mi jeszcze kolejny proponuję.
No ale ogólnie jest tu bardzo przyjemnie. Mogę skorzystać normalnie z toalety i prysznica. Podładować telefon w trakcie treningu. Zostać sobie i spokojnie zjeść śniadanie. Ale najpierw kąpiel w morzu. No cudnie po prostu.
Po południu idę w miasto zaopatrzyć się w jakiś chłodny napój i trochę owocków. Konsumuje na plaży. No w takiej chwili to człowiek się czuje po prostu jak król życia. Pyszne żarcie, plaża, treningi. Czego chcieć więcej do szczęścia? Drzemka!
O 16.00 druga jednostka treningowa tego dnia. Schemat samego treningu taki sam. I taka sama radocha i satysfakcja.
Po takim solidnym zmęczeniu jedzonko smakuje jeszcze lepiej. Podobnie jak plaża wieczorem.
Kładę się spać w miarę wcześnie. Jutro wigilia. Ale zaczynamy dzień tak samo jak dzisiaj. Więc nie ma lekko.
I jeszcze jedna rzecz do zrobienia przed spaniem. Mam tyki rytuał, że wieczór przed wigilią (xD) pisze pierwszej osobie życzenia świąteczne. Do Kubusia. Kumpla jeszcze z czasów podstawówki. 23.12 ma urodziny. To dostaje życzenia świąteczne w pakiecie z urodzinowymi. Rośnij duży Kubuś!
[modula id=”1475″]
