Po dniu wizyty w Sydney przyszedł dzień totalnego lenia. A potem kolejny dzień wizyty w Sydney. A potem przyszedł czas odwiedzić Blue Mountains. Kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Sydney mamy bardzo urokliwe pasmo górskie. Niebieskie (czy tam błękitne), bo jest tam taka niebieskawa poświata okalająca góry. Bierze się z stąd, że z tamtejszych drzew paruje jakiś olej czy coś. Gus opowiadał mi o tym z 10 razy. W każdym razie, góry jak najbardziej warte odwiedzenia:).
A kolejny dzień to wypad do pobliskiego zoo. Featherdale. Wspominałem już, że ewolucja w Australii zrobiła dziwne rzeczy? Skakanie zamiast biegania. Torby. Wiecznie naćpane koale. Wszystko tu mamy. I bardzo fajnie jest to podziwiać z tak bliska. Zapraszam do galerii:)
























































































