No i kij. Tajskie żarcie się mści. Dziś niedziela. Wstaje dosyć wcześnie, bo chce dotrzeć na Mszę do oddalonej o 20km Pchetchaburi. I lipa. Po drodze tak mnie ściska, że ląduje w kiblu. I zajmuje to dobre 20 minut. Nawet jak dojadę na miejsce to się pewnie spóźnię. Msza o 9.00.
Udaje się coś złapać. Jadę. Dojeżdżam do miasta. Stąd jeszcze 3km do kościoła. Jest 9.00. No trudno. Idę. Po drodze zatrzymuje się babeczka na skuterze i mówi, że może zabrać w tym kierunku. Tajowie są wspaniali. Wchodzę do kościoła dokładnie 20 minut spóźniony xD.
Wziął mnie ziomek na skuterku. Ale po kilku kilometrach zaczął coś pokazywać rękami. Poprosiłem żeby się zatrzymał. Okazał się być jednak taksówką. Nieoznakowaną. Ech. No ok. Przejechałem kilka kilometrów skuterem. Nie będę się kłócił. Pytam ile płacę. I tu się zaczęła niezła zabawa.
Przez chwilę się wahałem czy to katolicy, bo jak dla mnie świątynia wyglądała z zewnątrz na buddyjską. Ale w środku wszystko się zgadza. Tylko jedna dziwnostka. Buty należy zdjąć i pozostawić przed wejściem. Chyba pierwszy raz to widzę w kościele. Ok. To też ściągam. Msza ekspresowa, bo wchodzę na modlitwę wiernych. No i niestety nie da się włączyć do modłów subtelnie. Kilka osób mnie wyłapuje, prowadzi za rękę, pokazuje gdzie usiąść czy zaprasza żeby usiąść obok. No dobrze, już dobrze. Ale to nic. Po modlitwie wiernych ksiądz robi przerwę i z ambony zwraca się do mnie osobiście. Że dziękuję, że przyszedłem i że wszyscy się bardzo cieszą xD. No zajebiście. A ja taki spóźniony…
Ale to nie koniec. W trakcie ogłoszeń znowu się do mnie zwraca i mówi żebym wstał i się przedstawił xDDD. Szybko się zastanawiam. Spóźniłem się więc lipa. Przyznawać się, że jestem z Polski czy nie? Może zwalić na Niemców? Albo ruskich? Żydów? Ostatecznie wstaje i mówię, że jestem Michał z Polski. Podróżuje po świecie. I bardzo mi miło być gościem dziś u Was w kościele. A i przepraszam za spóźnienie. Wszyscy są mną zachwyceni. Po Mszy zagadują i w ogóle. Łapię kontakt z Chani. Tak to się chyba pisze… Mniej więcej. Chani mówi po angielsku. Jest tu z bratem i… Jest protestantką xD. Ale mówi, że tu fajniej. Tu bardziej „czuję” to wszystko. Cóż. Chyba Szustak często cytuje kogoś tam, że „Pan Bóg to nie jest kiełbasa żeby Go czuć”. Z drugiej strony. Ja może nie jestem wielkim fanem poczucia „sacrum” ale protestanci to potrafią czasem odpłynąć nawet jak dla mnie. No w każdym razie Chani to bardzo sympatyczna dziewczyna, która mi opowiedziała to i owo o tym miejscu. Łapię też kontakt z proboszczem. Ten zaprasza na Wigilię. 24 mają zaczynają Mszą o 20.00. Potem jest „Christmas Party”. A 25 Msza o 10.00. No ideolo po prostu. Bardzo miło, że zaprosili. Na pewno przyjdę.
Skoro już tu jestem to idę na spacer po miasteczku. Stolica prowincji. Całkiem sporo. I jest tu wszystko. To przy okazji wypłacam pieniądze. I oglądam to i owo. Natykam się na świątynię przejęta przez małpy. Chyba makaki. Wyglądają identycznie jak te z Gibraltaru. To chyba one. No to ja je będę minął szerokim łukiem. Z tymi małymi potworami nigdy nic nie wiadomo.
Kiedyś na Gibraltarze nieopatrznie dobrały mi się do plecaka. Wyjęły co się dało zeżreć ze środka, resztę rozrzuciły. Tam są one pod ścisłą ochroną. I nawet za samo dokarmianie można zgarnąć 5000 funtów brytyjskich mandatu(!). Pamiętam, że bardzo szybko opuściłem terytorium brytyjskiego imperium. Tu na szczęście obyło się bez większych przygód. Poszlajałem się. Coś tam jeszcze zjadłem.
I czas wracać na moją plażę.
Po drodze trafiła się słaba sytuacja. Wziął mnie ziomek na skuterku. Ale po kilku kilometrach zaczął coś pokazywać rękami. Poprosiłem żeby się zatrzymał. Okazał się być jednak taksówką. Nieoznakowaną. Ech. No ok. Przejechałem kilka kilometrów skuterem. Nie będę się kłócił. Pytam ile place. I tu się zaczęła zabawa. Bo typ podał stawkę z jednym zero za dużo. Serio, gadałem z kilkoma taksówkarzami i mniej więcej czaje jakie są tu stawki. A typ podaje sumę 10 razy wyższą niż standardowa. Jeszcze czego. Nie ma opcji. Nie płacę. No i się zaczynamy kłócić. Jest to utrudnione, bo ziomek jest niepełnosprawny i ma trudności z mówieniem. Ale to jeszcze nie jest powód żeby mnie zwyczajnie oszukiwać. Zaproponowałem standardową stawkę. Nie chciał. No to jak nie to nie. Sajonara. Ale typ nie odpuszcza. Przylepił się jak rzep do psiego ogona. Jeździł za mną chyba z pół godziny. W tym czasie zatrzymały się jakieś dziewczyny i spytały czy wszystko ok. To je dopytałem i potwierdziły moja wersję cenową. Chciały mnie zabrać ale akurat jechały w drugą stronę. No ale potem i tak coś się złapało i udało się uwolnić od typa i dojechać na plażę. Wreszcie.
Drzemka, jedzonko i idę odwiedzić mistrza Toddiego. Mam propozycję nie do odrzucenia. Na sali spotykam tą uroczą Brytyjkę. Uśmiecha się i mówi „hello”. Hmm… Uśmiecha się do mnie i zagaduje. Na 100% na mnie leci xD. Wszyscy tak kiedyś pomyśleliśmy. A potem się okazało, że po prostu była miła…
Mówię jej, że świetna walka. Ona na to, że to był jej zawodowy debiut.
Deal z mistrzem Toddiem dopięty. Zdecydowałem się trenować. 10 treningów. Pierwszy jutro o 8.00. Doskonale. A, i jeszcze jedno. Mistrz na koniec rzuca, że nie ma teraz grupy więc te treningi to będę miał indywidualne…
[modula id=”1442″]
