Rano postanawiam sobie zrobić małą odskocznię kulinarną. Wybieram się do takiej restauracji z owocami morza. Śmieszna taka. Płacisz raz 240 batów i możesz jeść ile wlezie przez 4 godziny. Normalnie zamawiasz posiłki jak w każdej innej knajpie. Przy czym jeśli coś zamówisz, a nie zjesz, wtedy musisz dopłacić.
Ok. Może to nie był najmądrzejszy pomysł po moich wczorajszych żołądkowych przygodach. Ale pomyślałem, że poeksperymentuję. Zobaczę co działa a co nie. I tutaj, o dziwo, nie było późnej żadnych problemów. Znaczy żołądkowych. I tzn. tego dnia xD. Bo jak to wziąć i zjeść?
Tu już walczą tylko poważni tajscy zawodnicy. A zaczynają… Dzieci. Na oko 7-8 lat.
I w ogóle nie byłem pewien ani co zamawiam, ani jak to jeść. Wszystko na czuja. Dodatkowo z pomocą przyszli lokalsi, którzy chyba zorientowali się, że nie ogarniam. Tłumaczą, pokazują, pomagają. Miło.
Nie jestem fanem owoców morza. A nawet zdecydowanie nie jestem fanem owoców morza. Raz na statku kucharz ugotował chyba kilka kilo krewetek. Załoga podzieliła się na tych co tego wieczoru objadali się bez opamiętania i na takich co nie zjedli nic. No ja byłem wyjątkowo w tej drugiej grupie. W ogóle mi nie wchodzą. Może nie umiał ich zrobić?
Z drugiej strony owoce morza jeszcze przez dłuższy czas będą ważną częścią mojej codziennej diety. Może więc warto się z nimi zaprzyjaźnić?
Mamy jakiś typowy ryż z kurczakiem. Mamy rybny kotlet. Rybę taką, rybę siaką. Ostrygi, omlet. I deser… Deser przemilczę. Ale ogólnie to ku mojemu zaskoczeniu, to wszystko mi nawet wchodzi. Da się zjeść. A obżarłem się naprawdę nieźle. Po wszystkim czas na krótki spacerek wzdłuż tutejszej plaży i może jakaś drzemka?
Sobota. Więc jest targ. Bardzo fajny targ. Zaopatruje się trochę na jutro, a trochę na wieczór. A właśnie. Wieczór. Wspominałem, że mistrz Tody zaprosił mnie na swoją galę Muay Thai? No to idziemy.
Organizator mówił, że gala zacznie się 18 – 18.30. No to przychodzę na 18.30, bo i tak obstawiam, że realnie zacznie się najszybciej o 19.00. Jak przychodzę to wydaje się że wszystko już gotowe. Światła. Krzesła. Zawodnicy. Mijam Mistrza Toddiego. Ten się uśmiecha, wita i krzyczy do jakiegoś ziomka wskazując na mnie: „To on, to o nim Ci mówiłem!”.
Trochę nic się nie dzieje. To trochę zamulam na telefonie. Ostatecznie zaczynamy o 20.00 xD. No cóż. Nie jest to wielka niespodzianka. Najpierw prezentacja zawodników i lecimy. Choć walk się w życiu trochę naoglądałem to pierwszy raz uczestniczę w takim evencie na żywo. Gala podzielona jest na dwie części. W pierwszej zawodnicy z ostatniego obozu walczą przeciw lokalnym Tajom. A w drugiej części już typowe tajskie walki.
I muszę przyznać, że ogląda mi się bardzo przyjemnie. Nawet pomimo iż poziom nie jest zbyt wysoki. Widać, przynajmniej na początku (zwyczajowo kolejne walki prezentują wyższy poziom sportowy, aż do walki wieczoru), że to amatorzy. Pomimo że nie trenowałem od lat i pomimo iż nie jestem w formie to większości z nich bym naklepał. Rozpuszczają ręce, podpalają się. Walki kończą się szybko. Jedna, dwie rundy. Nikt nie dochodzi do decyzji sędziowskich. Padają nokauty. Zawodnicy z całego świata. Jest brytyjska dziewczyna, która uraczyła mnie szerokim śmiechem tuż przed wejściem do ringu. Jest młody Rosjanin. Ten to ma +10 do straszności za samą narodowość. I tak to sobie mija walka za walką. Ogląda się super. Łapię zajawkę.
Kończy się pierwsza część gali. Zaczyna druga. Tu już walczą tylko poważni tajscy zawodnicy. A zaczynają… Dzieci. Na oko 7-8 lat. Nie jestem może jakoś bardzo zszokowany, bo wiedziałem już wcześniej, że tak to tutaj działa. Przeciętny tajski zawodnik rozpoczyna karierę w wieku dziecięcym. Po jednym, dwóch miesiącach treningów już zaczyna walczyć w ringu zawodowo. Tak to tutaj wygląda. Staram się nie oceniać. Inny świat. Inna kultura. Inne realia. Choć to nie znaczy, że jestem fanem takiego rozwiązania.
Tajski boks to ciężki sport. Dodatkowo tradycyjne metody treningowe Tajów pozostawiają wiele do życzenia w kwestii zachowania zdrowia. Bieganie po 15 km dziennie. Codzienny trening po 6 godzin. Przesada. Jak do tego dodamy, że przeciętny 20 letni zawodnik ma już stoczone przynajmniej 100 zawodowych walk… No cóż. W wieku 25 lat te chłopaki to już wraki. Totalnie zniszczeni przez lata treningów. No ale dla wielu z nich to po prostu praca. Pasja. Sposób na życie i przetrwanie. Chcą walczyć. Zarabia się na tym relatywnie nieźle. I można zacząć już jako dziecko. No troszeczkę inny świat.
Poziom walk rośnie. Proporcjonalnie do wieku zawodników. Choć pod koniec jestem już trochę znużony to walkę wieczoru ogląda się na prawdę ekstra. Chłopaki koło 20 lat. Ci już wiedzą co robią. Z nimi już wolałbym się na poważnie nie klepać. Nie machają rękami na oślep. Nie podpalają się. Trzymają garde. Wymieniają ciosy. Są szybcy. I mocni. Uczta dla oka.
Bardzo udany wieczór.
