Z uwagi na to, że na „mojej” plaży spędziłem kilka dni nie robiąc zbyt wiele to najbliższe kilka wpisów będzie pewnie trochę krótszych i mniej uporządkowanych. Trochę mniej się będę trzymał linii czasowej. Pomieszam trochę fakty z kilku dni. A potem wrócimy do standardowej formuły 🙂
Ale są tu też na przykład motylki. Niby takie jak w Polsce. Tylko kurka 3 razy większe. Wyglądają nieźle ale żadnego nie capnąłem aparatem. I są nietoperze. Tu ciekawsza sprawa. Bo to nie takie urocze nietoperki jak u nas. Tylko jakieś pieprzone potwory. Z 10 razy większe. Albo jeszcze lepiej.
Kilka słów o Chaosamran Beach. Jest to absolutne urokliwe miejsce. Choć mamy tu 5km dosyć szerokiej plaży to turystów ni widu ni słychu. Tzn. zagranicznych turystów, bo lokalsów wpadających po prostu poplażować trochę jest. Zwłaszcza w weekend. Wtedy siłą rzeczy charakter miasteczka się trochę zmienia. Dużo więcej sklepów jest otwartych, w tym mój ulubiony targ. No i zdecydowanie więcej plażowiczów. Ale na co dzień jest naprawdę chillowo, spokojnie, przyjemnie. Idealne miejsce żebym sobie w końcu odpoczął i naładował baterie. Odcinek od początku Turcji aż do końca Laosu był absolutnie przecudowny. Ale jak o tym pomyśleć to był też po prostu cholernie intensywny. Zdecydowanie potrzeba mi było bimbania na plaży.
Chaosamran to zabawne miejsce. Jedna główna, duża ulica i kilka bocznych. Wzdłuż tej głównej mamy 3 markety 7/11 rozstawione co dosłownie 100 metrów xD. Restauracji i knajpek jest na tyle dużo żeby zawsze było gdzie pójść i na tyle mało żeby wybór nie był zbyt duży. Choć trzeba zaznaczyć, że jeśli chodzi o godziny otwarcia to bywa tu różnie. Wiele miejsc jest otwarta np. przez jakieś 4 godziny w ciągu dnia. I bywa że codziennie o innej porze xD. Jedna nie taka mała knajpka działał tylko do 12 każdego dnia. Inna tylko w godzinach 16-20. Mam wrażenie, że jak właścicielowi się rano chce wstać z łóżka, to otworzy, a jak nie, no to nie. Czasem ciężko powiedzieć czy jakieś miejsce to mała restauracyjka czy „sklep” z obiadami. Często działa to na takiej zasadzie, że knajpka robi jedno danie. Robi go dużo. A ludzie przyjeżdżają i kupują w woreczkach. Żarcie obiadowe sprzedawane w woreczkach foliowych to standard w tej części świata. Szczególnie upodobałem sobie jedną miejscówkę. Właścicielka chyba mnie polubiła. Parę razy dostałem bonus ekstra w postaci deseru. Albo „deseru”. Bo co oni tu wymyślają na słodko to ja nie rozumiem. Jajko ugotowane bez skorupki zmieszane z jakimiś słodkimi sosami, z dodatkiem jakiś żelkowatych, paskudnych „cosi”. Brrr…
Wogóle siedziałem tam na tyle długo, że udało mi się zaznajomić z paroma lokalami. Ziomek od napoi poczęstował mnie ekstra drinkiem jak się minęliśmy na targu. Babeczka co sprzedaje ryż z jajkiem od początku dopytywała mnie gdzie mieszkam i czemu na plaży. I czy mnie komary nie zjadają. Powtarza, „mosquitos, mosquitos, kill, kill, malaria, malaria”. Ooops. Brzmi poważnie. Głupio by było zejść z tego świata przez takiego małego skurczybyka. Ale fakt. Tutejsze komary przynoszą mnóstwo wszelakich paskudztw. Tyle dobrego, że nie zawsze jest ich aż tak dużo jak pierwszego dnia mojego pobytu tutaj. No ale są. Babeczka daje mi jakiś preparat i mówi żebym uważał.
A propos lokalnej fauny. Wszystko tu niby takie jak u nas ale jednak trochę inne. Psy raczej te z kategorii „kulawa noga”. Choć nie zawsze. Generalnie bezdomne. Generalnie bezpańskie. Generalnie jest ich sporo. Często grupujące się w sfory i przywiązujące do jakiegoś terenu. Raczej niegroźne ale jednak irytujące. Raz się zdarzyło, że widziałem jak cała sfora pogoniła Bogu ducha winną plażowiczkę. Spanikowała. Nic się nie stało, ale co się strachu najadła. Innym razem zdarzyło mi się siedzieć na pustym płacy i wcinać mięsko z grilla. Po kilku minutach byłem otoczony przez chyba 6 piesków. Był wieczór. Wyglądało to średnio. Kija i gaz trzymałem pod ręką. Ale zauważyłem, że lokalsi wogóle się tymi psami nie przejmują. Inaczej do nich podchodzą. Jak psy szczekają to zaczynają na nie… Cmokać. To się uspakajają. Jakby każdy pies był swój. Z drugiej strony jak do mnie raz się ujadająca sfora przyczepiła to jak babuszka z małym wnuczkiem wybiegła z rakietami od badmintona… To po pieskach się kurzyło. Jak się okaże dominację to czmychają gdzie pieprz rośnie. Tyle o czworonogach. Ale są tu też na przykład motylki. Niby takie jak w Polsce. Tylko kurka 3 razy większe. Wyglądają nieźle ale żadnego nie capnąłem aparatem. I są nietoperze. Tu ciekawsza sprawa. Bo to nie takie urocze nietoperki jak u nas. Tylko jakieś pieprzone potwory. Z 10 razy większe. Albo jeszcze lepiej. No może nie taka wielkie jak rasowe kruki. Ale nie brakuje im wiele. Za pierwszym razem jak mi przeleciał nad głową to aię nieźle wzdrygnąłem. A wieczorem jest ich tu naprawdę sporo.
Poza tym krabów na potęgę. Dziurawią plażę.
Taka to moja Chaosamran Beach, która stała się moim królestwem (a co!) na jakieś dwa tygodnie.
[modula id=”1362″]
