Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-05-07 przez MikolajTD

Dzień 208 – Kopi Luwak – gówniana kawa

Dzień 208 – Kopi Luwak – gówniana kawa
2025-05-07 przez MikolajTD

Pobudka. Już jasno. Zasypiałem wczoraj w towarzystwie wielu, wielu lokalsów. Ale wygląda na to, że się już wszyscy obudzili. I chyba gdzieś poszli. No, w każdym razie nikogo tu już nie ma. To i ja wstaję, ogarniam się i idę.
Przechodzę kawałek do większego skrzyżowania. Planuję dojechać do mojej dzisiejszej destynacji na około. Zahaczając o kilka ciekawych miejscówek. Mijam jakieś wielkie bramy. Te nijak nie przypominają architektury, którą było mi dane podziwiać do tej pory w Indonezji. Ale robią fajne wrażenie.
Wystawiam kciuka. Trochę czekam. Staje auto. Jedziemy kawałek. Potem znowu kciuk. Staje skuter. Znowu jedziemy. Mój kierowca sugeruje żebym się zatrzymał tu po drodze i odwiedził okoliczne świątynie. Ok. Tak zrobimy.

Chyba najbardziej ikoniczne miejsce wyspy. Bali Handara Gate. Miejscówka skrajnie instagramowa. Słyszałem, że strasznie przereklamowana… Ale nie sądziłem, że aż tak.

Zanim będę podziwiał budowle zbudowane na chwałę Buddy (chyba?) zatrzymuje się nad wodą. Hmmm… Jestem w tym wyspiarskim kraju już od miesiąca. A plaży nie było… Wcale. Nic a nic. Dziwnie wyszło. Trochę głupio. Trochę mi tego brakuje. Piasku, ciepłej, niebieskiej wody…
Aby odwiedzić świątynie należy okryć sobie nogi. Dosłownie. Taką spódnicą. No cóż, zdjęć sobie w tym cykać nie będę. Opłata jest „co łaska” ale obowiązkowa. Pan z okienka oplata mnie jakąś szarfą i przyjmuje opłatę. Idę oglądać. Nic szczególnego. To idę obejrzeć większą świątynię znajdująca się tuż obok. Taka sama procedura szarfowo-płacowa. Tu jest już trochę więcej ludzi. Jakaś wycieczka. Modlą się w środku. Towarzyszą im wszechobecne makaki. Te odganiają kijami jakieś młodziutkie mnichy. Tu już fajniejsza wycieczka. Ale jedziemy dalej.
Autostop zdaje się jako tako działać. Nie byłem pewien czego się pod tym względem spodziewać. To jednak turystyczna wyspa. Ale jakoś daje radę. Krok po kroku poruszam się do przodu.
Podczas jednej z przesiadek mijam „zakład fryzjerski”. Ok, nie żebym się naśmiewał. Ale jest lustro, fotel, fryzjer i kilka desek. Planowałem się ostrzyc przed Australią. No to jest ku temu świetna okazja.
Koszty jak to tutaj, grosze. Ale nie powiem żebym był zachwycony efektem. Na głowie zostawił za dużo. Brodę ściął za mocno. Za to prawie nie dotknął wąsa. No ale nie chciało mi się już mu tłumaczyć. Choć przyznaje, że patrząc w lustro odnoszę wrażenie, że jestem młody jak dawno nie byłem.
Jakieś jedzonko i jedziemy. Docieram do turystycznej miejscowości. Są tu jakieś plaże i wodospady. Ale mnie dziś troszkę goni czas. Zostawiam to. Łapie stopa dalej. Udaje się. Facet podwiezie mnie autem w góry. Tam czeka mnie chyba najbardziej ikoniczne miejsce wyspy. Bali Handara Gate. Miejscówka skrajnie instagramowa. Słyszałem, że strasznie przereklamowana… Ale nie sądziłem, że aż tak. Przyznaję, da się tu zrobić bardzo fajne zdjęcie jeśli się postarać. Ale raz, trzeba odczekać na to w kolejce, dwa, trzeba za to słono zapłacić. Podchodzę. Oglądam. Mnóstwo ludzi zdjęciu. Jeszcze więcej czeka na swoją kolej. Jakiś ziomek zaczepia mnie i karze kupić bilet. Co? Za co? Za to, że stoję tu gdzie stoję? Nie, bilet żebym mógł sobie zrobić zdjęcie. Podziękuję. Zadowolę się takim zwykłym.
Ok. Nie miałem żadnych oczekiwań, ale ta miejscówka sprawia wrażenie absurdalnej. Wygląda nieporównywalnie słabiej niż na zdjęciach. To po prostu spora brama z ładnym widokiem jakich tu wiele. Naprawdę nic szczególnego. Jedziemy dalej.
Przystaje na moment rzucić okiem na mapę. Podnoszę głowę z nad telefonu i moim oczom ukazuje się wielki upiór. To znaczy wielki nietoperz. Co jest?! Jeny, ale to bydle jest szkaradne… I piękne jednocześnie. O ile się tak da.

Się okazało, że przystanąłem przy jakimś ulicznym mini zoo. Można tu sobie cyknąć foty z różnymi zwierzaczkami, pogłaskać, nakarmić. Są nietoperze, sowy, węże, warany i takie przerośnięte fretki. Mi w zupełności wystarczy kilka zdjęć. Fajny przystanek, taka miła niespodzianka.
Jedziemy dalej. Zatrzymuje się jakiś miły jegomość. Zabiera w drogę. Dopytuje o szczegóły podróży. Wykazuje szczere zainteresowanie. Pyta czy kosztowałem już duriana. No w sumie jeszcze nie. Mówi, że możemy się zatrzymać i spróbować. No to wio. Czy może bardziej, no to prrrr (?)😅. Obiecałem sobie, że sprawdzę jak smakuje „król owoców” zanim opuszczę Azję. Jest okazja. Stajemy przy lokalnym, przydrożnym sprzedawcy durianów. Tu można je dostać już za kilkanaście złotych co jest śmieszną ceną w porównaniu z tymi w Malezji. Biorę trochę na spróbowanie i… Nie smakuje mi. Po prostu mi nie smakuje. Dziwny jakiś. Tyle tego gadania o tym owocu. Tyle kultu w Malezji. Tyle znoszenia tego intensywnego zapachu (smrodu?). A na końcu mi zwyczajnie nie smakuje. I o co tyle krzyku?
Mój kierowca pyta czy chce zobaczyć lokalną kawiarnie. Czemu nie? Ta okazuje się być przeuroczym, ukrytym przed turystami zakątkiem, w którym można usiąść, odpocząć, odetchnąć i posmakować dziesiątek rodzajów kaw i herbat. Na początek zostajemy oprowadzeni po ośrodku. Pani tłumaczy cały proces produkcji. Kawa balijska jest rzekomo znana na całym świecie. Może…
Główną atrakcją jest kawa parzona na… Kupie tych tutejszych, przerośniętych fretek… Ok, na ziarnach pozyskiwanych z ich odchodów. Ale wciąż… Nazywają to Kopi Luwak.

Po wprowadzeniu i wytłumaczeniu całego procesu zostajemy zaproszeni do testowania. Na stół wchodzi 10 rodzajów kaw i 4 rodzaje herbat. I wszystkiego mogę sobie spróbować zupełnie za darmo. Ot tak.
Wszystkiego poza tą parzoną na kupię. Za tą należy się 15zł za malutką filiżankę. Wezmę. A co tam.
No cóż, doceniam urokliwą miejscówkę z widoczkami. I to, że mój kierowca mnie tu przywiózł. I ogólnie cały klimat. I nawet tę gównianą kawę. Ale ze mnie niestety żaden kawosz. Ani żaden smakosz. Nie specjalnie potrafię docenić te wszystkie różne rodzaje ziaren, różniące się jakimś tam szczepem czy dodatkiem kurkumy. Nie mój klimat. Dla mnie wszystko to smakuje bardzo podobnie. Ale tak ogólnie to i tak super doświadczenie. A jak ktoś faktycznie kawusię lubi, to polecam serdecznie.
Pytam mojego kierowcy czy jest coś co koniecznie muszę zobaczyć na Bali. Mówi, że jest. Jakiś wodospad. Kawałeczek stąd. Leke Leke Waterfall.
Późno już. Ale jeszcze pozwalają nam wejść. Kupuje bilet i lecimy. Trzeba tam jeszcze przejść spory kawałek. Ale jak się pospieszymy to zdążymy złapać trochę światła. Zdążyliśmy. Wodospad jaki jest widać na zdjęciach. Ładny:)
Żegnam się z moim dobrodziejem. Wymieniamy telefony. Facet mówi, że jakbym miał nie dotrzeć do miasta to on mnie chętnie przenocuje. No wspaniały człowiek. Bardzo mi pomógł i umilił ten dzisiejszy dzień. Może powinienem był przyjąć jego ofertę? Może. Ale zdecydowałem się próbować jechać dalej. Chciałbym dotrzeć dziś na plażę. Nie mam dużo czasu na Bali więc muszę cisnąć. Łapie kolejny skuter. Przejeżdżam dłuższy kawałek. Do mojego miejsca docelowego już nie daleko. Próbuje łapać coś dalej. Nie idzie. Podchodzi do mnie jakiś ziomeczek co mieszka nieopodal. Pyta czy dobrze się czuje i czy nie potrzebuje pomocy xD. Wszystko ok. Dzięki. Ziomek nie daje mi za dużych szans na stopa ale… Po przejściu kawałka i dłuższym czekaniu nagle zatrzymuje się skuter, a nawet dwa xD. Jeden z nich okazuje się być Grabem. Hmm… Brałem pod uwagę możliwość przejazdu taksówką. Do końca zostało mi już tylko 25km i zaczęły się już zabudowania. No ale drugi skuter to jakiś młody chłopaczek, który akurat jedzie do jakiegoś swojego kumpla, dokładnie tam gdzie ja chcę się dostać. Facet z Graba próbuje jeszcze negocjować, mówi że to długa i niewygodna droga, że jego skuter bardziej komfortowy… No niestety. Nie ma ziomek w zaistniałej sytuacji zbyt mocnych kart. Jadę z młodym. Wygodna podróż to to faktycznie nie była ale w końcu jestem na miejscu. Kuta. Chyba najbardziej imprezowa część wyspy. Dziękuję mojemu kolejnemu już dzisiaj dobrodziejowi i uciekam do maczka. Ten jest pełny. Ale ja koniecznie muszę kupić bilet na pojutrze z Bali do Darwin w Australii. Udaje się. Choć coś mi nie chciało na początku się zapłacić jak należy. Nie wiem czemu. No ale nic. Trochę to potrwało ale się udało. To co teraz? Teraz będzie Bali by night.

Poprzedni artykułSubmarinestopem do....ilustracja wprowadzajacaNastępny artykuł Dzień 209 - Masaż na 8 rąkIlustracja wprowadzajaca dzien 209

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta